1982 Yul Records (1983 RCA Victor Spain)
Close To Nature
Beware The Fly
Saturdays In Silesia
Just A Sound In The Night
Le Meilleur Des Mondes
Ring The Bells
City Of Night
Dancing On The Berlin Wall
- Polaco? Polaco? Entonces tengo algo para usted! (Polak? Polak? O, to mam coś dla pana!) - może tak właśnie zabrzmiał fragment rozmowy w sklepie płytowym w hiszpańskim porcie późnym latem 1983 roku. Rozmowy, która zaowocowała całkowicie niespodziewanym zakupem wydawnictwa całkowicie nieznanej grupy z dalekiej Kanady.
- Do Afryki? - zapytałem z rozczarowaniem.
- Do Afryki. Z „międzylądowaniem” w Hiszpanii. W Algeciras, czy jakoś tak... - odpowiedział kolega. - Ojciec już zamustrował na statek. Dobrze, że w ogóle się załapał.
To prawda. W czasie niezbyt odległego stanu wojennego, zniesionego kilka tygodni wcześniej, było bardzo krucho. Sankcje gospodarcze nałożone przez USA i kraje zachodnie na PRL, przede wszystkim zakaz połowów na wodach amerykańskich „uziemił” starego W. na długo. Handel z państwami Maghrebu jawił się więc jako nieduże, ale zawsze jakieś koło ratunkowe zdychającego systemu. Trudno... No bo co tam może być w tej Hiszpanii ciekawego muzycznie? Nie znaliśmy żadnych zespołów, żadnych wytwórni, nic... A nie, przepraszam. Jeden z „rusosów” pochodził stamtąd. Julio Iglesias. Wiedzieliśmy, że stary W. nie odpuści okazji i przywiezie sobie kilka płyt starego Iglesiasa, który był wtedy młody, a o młodym nie słyszał jeszcze nikt i było to piękne. Zestaw Diory WST-102 „Kleopatra” z całkiem niezłymi kolumnami z Tonsilu był całkiem donośnym sprzętem i co najmniej trzy czwarte klatki schodowej słuchało przymusowo „Amor, amor” razem z W. seniorem, trzecim mechanikiem, którego słuch, srogo nadwyrężony w maszynowni domagał się bodźców silniejszych niż u przeciętnego szczura lądowego.
- Może jednak będzie coś fajnego w tej Hiszpanii?
- W Algeciras? Dobrze, jeśli w ogóle będzie tam sklep płytowy. Niech ojciec zapyta pilota przy wejściu do portu, czy w ogóle warto schodzić na ląd...
No tak... Co to tam ta Hiszpania i jakieś Algeciras... Entliczek pentliczek co zrobi Piechniczek, walki byków i flamenco. Poza tym bida aż piszczy. Co prawda nie taka, jak u nas, ale w porównaniu z taką Holandią, czy Wielką Brytanią, to nie ma o czym mówić. I jakiś port o nazwie Algeciras. Co to za wiocha? Oj, nie będzie płyt tym razem... Co prawda całą muzykę, której słuchaliśmy, ze szczególnym uwzględnieniem najnowszych, syntezatorowych trendów, stary W. określał barwnie, że to „coś jakby kot srał na bęben i darł przy tym mordę”, lecz serce miał dobre i zawsze coś młodemu W. z rejsu przywoził. Ale wiadomo, z pustego, to i Salomon...
- No, no tengo – z przepraszającym uśmiechem sprzedawca ze sklepu muzycznego oddał staremu W. kartkę z nazwami zespołów skrzętnie i z nadzieją wypisanych przez juniora. - Solo tengo Dire Straits „Communique”.
- Kurwa... - wyrwało się W. gdzieś pod nosem. "Communique" było na szarym końcu listy rezerwowej. Lubiliśmy tę płytę, ale każdy już miał ją na kasecie.
- Polaco? Polaco? Entonces tengo algo para usted! - Po czym wyjął z przegródki płytę o biało-czerwonej, stylizowanej na polską flagę okładce z wypisanym „solidarycą” tytułem - „Saturdays In Silesia” - Muy buena música, con sintetizadores!
Stary W. zmartwiał i z trudem przełknął ślinę. Oczami wyobraźni już się widział na przesłuchaniu w bezpiece za wwożenie i kolportaż nielegalnych, "reakcyjnych" materiałów. A wtedy żegnajcie morza i oceany...
- No, no... You know, Poland war, guerra, generał, junta... - tu przejechał palcem po szyi w jednoznacznym geście – Yo prison. Mi karcero, chłopie. - i wyciągnął przed siebie znacząco obie ręce złączone wymownie w nadgarstkach.
- Vale, bien, lo tengo – sprzedawca pokiwał ze zrozumieniem i po chwili wyciągnął płytę o mniej rzucającej się w oczy okładce - „Cold War Night Life” tej samej grupy - Rational Youth. Okładka miała etykietkę „Dance music” oraz hiszpańskie tłumaczenie „Guerra Fria En La Vida Nocturna” pod spodem angielskiego tytułu. Nie wyglądała tak niebezpiecznie, jak poprzednia. "Cold War" nie brzmiało neutralnie, ale może celnicy przepuszczą, a socjalizm nie legnie od razu w gruzach od tak jawnego zamachu? Odruchowo obrócił okładkę, by przeczytać tytuły. Ostatni "Dancing On The Berlin Wall"... No ładnie...
- Igual que Depeche, Yazoo... Good! - Alejandro, Jose, czy jak mu tam było Miguel, popukał w płytę palcem wskazującym, a następnie wyciągnął go w strone W. - Juan Pablo Segundo, Valensa, you happy Polaco! - podniósł kciuk do góry, a następnie uniósł dwa palce ułożone w znak „V”. Po czymś takim W. nie mógł już odmówić i wyjść ze sklepu ot tak, bez tej płyty. Maxi singiel "Saturdays In Silesia" zostawił. Nie zaryzykował... Jakiś czas potem, po jego powrocie, z niejakim zadziwieniem kładliśmy krążek Rational Youth na talerz gramofonu. Nazwa nic nam nie mówiła, ale wystarczyła minuta, abyśmy z W. juniorem popatrzyli znacząco na siebie i pokiwali z uznaniem głowami. Tak, o coś takiego chodziło. Gdy więc staremu W. spadł kamień z serca, że nie wywalił tysiąca kilkuset peset w błoto i nie aresztowali go na cle, natychmiast kazał nam zdjąć z talerza te "kwiki, jakby kotu wyjęli kiszki i jeździli po nich smykiem", a w uszy momentalnie wdarły się pierwsze takty „Amor, amor”. Spokojnie, nie buntując się, wyszliśmy na fajkę na korytarz. Zrozumieliśmy, że musiał chłop zrzucić jakoś to napięcie...
Gdyby tak zapytać zagorzałych fanów syntezatorowych brzmień o kanadyjskie zespoły nowofalowe i synth-popowe początku lat 80-tych, to na 100% pewnie padnie nazwa Man Without Hats. Kawałek "Safety Dance" znają chyba wszyscy miłośnicy tanecznych rytmów z epoki. Po głębszym zastanowieniu ktoś doda kolejny "one hit wonder" - Trans-X i jego "Living On Video". Aaaaa, no i przecież Psyche! - ktoś w końcu zakrzyknie. I ma rację, bo chociaż najbardziej kojarzony jest z latami 90-tymi, ten band powstał w 1982 roku. Wyjątkowo dociekliwi dodadzą jeszcze właśnie Rational Youth i ewentualnie Spoon. I to chyba tyle... Szału nie ma. Zastanawiające jest więc, dlaczego Rational Youth wydając fenomenalny debiut na którym nie ma złej nuty, daleko ciekawszy i dojrzalszy niż porównywane z nim "Speak & Spell" Depeche Mode, nie dość, że nie odnieśli natychmiastowego międzynarodowego sukcesu, to jeszcze niewiele osób dziś o nich pamięta. Sytuacji nie zmienił drugi album "Heredity", bardziej melodyjny, przystępny z niewątpliwym potencjalnym hiciorem "In Your Eyes". No cóż... Przypomnijmy w takim razie króciutko historię ekipy z kraju klonowego liścia i syropu. Rational Youth to zespół, który początkowo działał w latach 1981-1986, a następnie w różnych okresach i składach do końca 2021 roku. Historia zaczyna się od punkowej kapeli z Montrealu o nazwie The Normals. Późniejszy klawiszowiec i wokalista Rational Youth, Tracy Howe był tam gardłowym i garowym. Po krótkiej karierze we wspomnianej załodze, przeniósł się do Heaven Seventeen (nie mylić z brytyjskim Heaven 17). Tam spotkał Ivana Doroschuka, klawiszowca, który później założył... tak, zgadliście - Man Without Hats (w którym zresztą Howe pograł niezbyt długo na gitarze). Ostatecznie Howe w 1981 roku wraz z Billem Vornem założyli grupę Rational Youth, której debiutancka płyta jest bohaterką niniejszego tekstu. Do tego duetu wkrótce dołączył Kevin Komoda.
"Cold War Night Life" ukazał się pierwotnie na winylu w 1982 roku nakładem niezależnego labela YUL Records, jako jeden z pierwszych, całkowicie syntezatorowych albumów popowych wydanych w Kanadzie. YUL sprzedało następnie mastering do EMI Music w 1985 roku, ale EMI nigdy nie zdecydowało się na wydanie. W jaki sposób licencja trafiła dwa lata wcześniej do hiszpańskiego oddziału RCA Victor pozostanie dla mnie już chyba na zawsze zagadką, chociaż źródła wskazują jeszcze na niewielkie liczebnie wydania w niszowych niezależnych wydawnictwach w Holandii i Skandynawii. W każdym razie, gdyby nie RCA Victor Spain oraz Juan Alberto Manuel czy inny Miguel z małego sklepiku w Algeciras nie wiedziałbym o Rational Youth nic a nic. A to byłaby niepowetowana strata, bowiem „Guerra Fria En La Vida Nocturna” to doskonała, emocjonalna mieszanka tanecznych rytmów, chwytliwych, melodyjnych, syntezatorowych motywów, w warstwie tekstowej eksplorująca tematy zimnowojennych niepokojów, napięć politycznych i społecznych reakcji na represje. Te kluczowe aspekty albumu kształtują jego innowacyjne (jak na tamte czasy oczywiście) brzmienie, emocjonalną głębię i konceptualną siłę. Słuchanie "Cold War Night Life" to jak wejście na pokład wehikułu czasu podróżującego do wczesnych lat 80-tych, kiedy świat był zawieszony między neonowym, kolorowym optymizmem tanecznych klubów, a pesymizmem powodowanym groźbą globalnego, nuklearnego konfliktu, który zamieniłby planetę w postapokaliptyczne widmo rodem z Mad Maxa. Album Rational Youth to emocjonalna oda do ludzkiego ducha, zagubionego gdzieś pośród tego całego chaosu, ducha pełnego tęsknoty, oporu i nadziei. Każdy utwór jest dla mnie, dla mojego pokolenia, głęboko specyficzny. Zakorzeniony w obrazie swojej epoki, ale i niestety boleśnie uniwersalny do dziś. Porywające utwory, magnetycznie mroczne, ale i zaraźliwie chwytliwe. Tracey Howe, Bill Vorn i Kevin Komoda tchnęli jakiś szczególny pierwiastek życia w coś, co w innym przypadku mogłoby być bardzo zimne, no i cóż... zrobili to bardzo dobrze. Muszę przyznać, że takie albumy jak ten ukształtowały we mnie definicję terminu synth-pop. Nie jako bardzo pojemnego wora, w który wrzuca się bezrefleksyjnie wszystko, co stworzono i nagrano w latach osiemdziesiątych (stąd bierze się to całe moje ironizowanie na temat teorii rzutów synth-popu 😊), ale ze względu na bardzo charakterystyczną produkcję - chwytliwe piosenki wykonane tylko i wyłącznie przy użyciu analogowych syntezatorów oraz automatu perkusyjnego (Roland TR-808, tak na marginesie). Bez gitar, basów i akustycznych bębnów. Po prostu 'synth" w pełnym tego słowa znaczeniu. Jeśli dodatkowo produkcja brzmi tak, jakby wykorzystano tylko pięć z 24 ścieżek, które były do dyspozycji w studio nagraniowym, to tym lepiej.
Co można powiedzieć o tym albumie, czego nie można podsumować w jego tytule? Łącząc odniesienia do geopolityki czasów zimnej wojny z tanecznymi rytmami, Rational Youth stworzyli prawdziwy klasyk. Gorąco polecam tym, którzy lubią silny konceptualny związek z muzyką w ogóle, a elektroniczną szczególnie. To naprawdę wielki wstyd, że ten album został przeoczony i na długi czas zapomniany. Obowiązkowa pozycja dla każdego maniaka syntezatorów i elektroniki. Pomyślcie, że ten album pochodzi z początku lat 80-tych i walczył o uwagę z takimi klasykami, jak Kraftwerk, Depeche Mode, Ultravox, The Human League. Miał tylko nieco mniej szczęścia. Po tej zaś stronie żelaznej kurtyny od razu pewnie trafił na czarną listę. Wyraźne odniesienia w tekstach do beznadziejnej, codziennej wegetacji zwykłych ludzi, brak wolności słowa i prześladowania w totalitarnym obozie socjalistycznym, solidarność z brutalnie zlikwidowaną właśnie "Solidarnością" nie mogły być dobrze postrzegane przez aparat władzy. Jednak siłą "Cold War Night Life" jest nie tylko to, że jest produktem swoich czasów - to także swoiste lustro. Odbija niepokój świata na krawędzi, ale także prezentuje coś jaśniejszego - niezachwianą wiarę, że możemy wybrać bunt, opór, jedność w walce przeciw zniewoleniu. Sprawia wrażenie wyciągniętej ręki - nie jesteś sam. Kilkadziesiąt lat później ten album wciąż rezonuje, ponieważ "zimna wojna" tak naprawdę nigdy się nie skończyła - do groźby nuklearnej dodaliśmy tylko nowe "argumenty" i rodzaje podziałów. Płyta Rational Youth nie jest jednak w swej wymowie całkowicie dołująca, ponieważ nie tylko udało się im uchwycić moment, ale i pewną uniwersalną prawdę. A prawda ta brzmi następująco - bez względu na to, jak ciemna jest noc, wciąż jesteśmy dość silni, by rozpalić ogień wolności. Krótko mówiąc, ten album był nie tylko dobry czterdzieści lat temu - jest niezbędny i dziś. To arcydzieło serca, człowieczeństwa i duszy w szalonym, zdegenerowanym świecie. Ponadczasowa podróż napędzana syntezatorami. Głos wokalisty Tracy'ego Howe'a nie brzmi zimno, nie nakłada odhumanizowanej maski. Wręcz przeciwnie, jest ciepły, niemal bezbronny, gdy maluje portrety miejskiej izolacji, opresji, rebelii. Syntezatory również specjalnie nie emanują chłodem. Brzmią przytulnie i miękko, a momentami są świetliste, jak latarnie uliczne odbijające się na pokrytym deszczem chodniku. Sprzęt użyty przez Rational Youth do stworzenia "Cold War Night Life" wydaje się wręcz osobliwy w swojej prostocie, ale jak słychać, ma masę charakteru. Modułowe i klawiszowe syntezatory, które Howe i Vorn kolekcjonowali, zostały połączone z automatem perkusyjnym Roland TR-808 i sekwencerami, aby stworzyć dźwięki, które Kanadyjczycy znali do tej pory zapewne tylko z japońskiego i niemieckiego importu. Sam zespół był doskonale zbalansowanym organizmem, z logicznym Vornem programującym i tworzącym pejzaże dźwiękowe, które emocjonalny Howe zaopatrzył w poetyckie teksty. No i Kevin Komoda, który wszystko to połączył i nadał produkcji niepowtarzalny charakter.
"Cold War Night Life" to całkiem udana i dogłębna eksploracja ludzkiej kondycji osadzona na tle burzliwego okresu w historii. Rational Youth udało się zawrzeć złożone emocje w prostych, syntezatorowych melodiach, które rezonują na głęboko osobistym poziomie. Niezależnie od tego, czy przyciąga nas nostalgiczny urok albumu, jego innowacyjne naówczas wykorzystanie technologii z naciskiem na projektowanie dźwięku, czy też uniwersalne przesłanie o wytrwałości i nadziei, moim zdaniem każdy znajdzie tu coś dla siebie. Na tym albumie usłyszymy wyraźne wpływy YMO, Kraftwerk, OMD, The Human League i Tangerine Dream, ale i jednocześnie jest to na tyle wpływowy album, że można usłyszeć go w produkcjach wielu innych zespołów na przestrzeni lat (Trans-X, Duran Duran, Pet Shop Boys, np. wstęp do "Rent" to po prostu spowolniony "Saturdays In Silesia"). Lubię prawie wszystko, co Rational Youth nagrali, ale "Cold War Night Life" ma zdecydowanie szczególne miejsce w moim sercu.
Mówią, że wojna się skończyła
Ale blizny się nie zagoją...
Robert Marciniak
14.09.2025